Witajcie!
Ponieważ część z Was pyta o Sokoła i Prawdziwą Przepowiednię, czuję się w obowiązku wytłumaczyć. Jestem teraz dziwnie wciągnięta w tego crossa, co może być związane z maratonem Zmierzchu, na który namówiły mnie moje znajome i zbliżającą się premierą ostatniej części filmu. Dajcie mi trochę czasu. Może pod koniec przyszłego tygodnia wstawię coś innego, na razie cieszcie się z Zapomnieć!
A teraz: Enjoy, kochani!
— To nie może być Syriusz, nie jest do niego nawet podobny.
Mężczyzna sapnął głośno, przejeżdżając wózkiem obok młodego
Indianina i zatrzymując się przy resztkach stołu.
— Jestem Billy — zaczął tak, jakby nie był pewien, czy
powinien kontynuować. — Jake jest moim synem — mówił dalej. — Andromeda,
Narcyza i Bellatrix Black są moją dość daleką rodziną — konturował, a Harry
patrzył na niego oczyma, w których z każdym słowem zbierały się łzy. — Podobnie
jak Regulus i Syriusz — zakończył.
Potter opadł na kanapę całkowicie załamany. Nie chciał tego.
Nie po to tu przyjechał. Tu nic miało mu nie przypominać czasów wojny i
poniesionych w niej strat.
— Czy o tym Syriuszu mówiłeś? — Harry skinął jedynie głową. —
Skąd go znasz?
— Ja… On… Co pan o nim wie?
— Wszystko — mruknął. — Chociaż ostatnio widzieliśmy się,
kiedy miał siedem lat, więc może nie wszystko — dodał z jakąś nutką smutku w
głosie. — Ostatni raz spędzałem wtedy wakacje na Grimmuald Place 12 — dodał,
jakby to miało coś wyjaśnić.
— Och… — odpowiedział, powoli kierując wzrok ponownie na
mężczyznę. — A więc wszystko — Billy potwierdził, choć Harry wcale tego nie
oczekiwał. — Śledził pan jakiekolwiek informacje dotyczące naszej… — zastanowił
się, jak nazwać Magiczną Wielką Brytanię. — Społeczności?
— Wiem o wojnie. Nic więcej.
Wszyscy dookoła patrzyli na nich, niewiele rozumiejąc.
Najwyraźniej nawet Jacob nie dostał od swojego ojca żadnych informacji o tej
części rodziny, bo wyglądał na tak samo zdezorientowanego.
— Oni nie mogą wiedzieć — mruknął Harry, przesuwając wzrokiem
po swoich przyjaciołach i Charliem.
— Mój syn? — zapytał cicho mężczyzna, a w jego spojrzeniu
można było wyczytać prośbę.
— Dobrze.
— O czym wy do cholery mówicie? — warknął komendant. — Jaka
wojna?
Nikt więcej nie zdołał się odezwać, bo Harry wstał
niespodziewanie szybko, wyszarpując z zamocowanego przy prawej łydce pokrowca
różdżkę i mruknął, wskazując najpierw na młodego Indianina, Imperio, a
później, kierując ją na pozostałych szepnął: Obliviate. Pięć osób
patrzyło teraz z niezrozumieniem na roztrzaskany stolik, na którym właśnie
leżał Jakcob. Billy tylko rozszerzył oczy, niepewny, kiedy jego syn się na nim
znalazł. Harry pochylał się nad chłopakiem, szepcząc jakieś nic nieznaczące
słowa.
— Co się stało? — Swan był przy nich w ułamku sekundy.
— Potknąłem się — burknął dzieciak.
Potter zaproponował, że sam go poskłada, a jeśli będzie taka
potrzeba to zawiezie do pobliskiego szpitala. Przeprosił też znajomych i umówił
się z nimi na sobotni wieczór. Chciał trochę z nimi pobyć, ale teraz były ważniejsze
sprawy.
Kiedy w domu został tylko gospodarz i dwóch Quileute’ów,
Wybraniec zdjął zaklęcie i ponownie opadł na kanapę. Zerknął na lekko posiniałe
palce prawej dłoni, ale nie wydawały mu się teraz najistotniejsze.
— Coś ty mi znowu zrobił? — warknął Jake, chcąc podejść do
czarodzieja, ale drogę zagrodził mu ojciec, patrząc na niego wściekle.
— Skąd znasz Syriusza? — zapytał łagodnie Wybrańca.
— Był moim ojcem chrzestnym — powiedział, wywołując głośne
sapnięcie Billy’ego. — Nie żyje. Zabiła go Bellatrix — dodał chłodno. — Ona i
Regulus także nie żyją.
— Przypadkiem? — szepnął mężczyzna.
— Słucham? — Harry miał problem z należytym skoncentrowaniem
się na tej rozmowie.
— Czy Bella zabiła go przypadkiem? Podczas wojny takie rzeczy
się zdarzają.
— Przypadkiem? — warknął. — Żartuje pan sobie ze mnie?
Czuł jak jego magia znowu próbuje się wydostać na zewnątrz,
chcąc skrzywdzić, zadać ból. Uspokajał się bardzo powoli, przymykając oczy i
wyrównując oddech.
— Nie — odparł w końcu. — Stali po różnych stronach w tej
wojnie.
— A po której stał Syriusz?
— Po mojej, oczywiście — mruknął Harry. — Tak jak pozostali —
dodał, stwierdzając, że mężczyzna mógłby chcieć wiedzieć coś więcej o swojej
rodzinie. — Ale nie udało mi się jej wygrać przed jego śmiercią. To ja go na
nią poprowadziłem. Na śmierć. Ponad dwa lata temu.
— Dlaczego ty miałbyś wygrywać wojnę, Harry? — zapytał Billy,
nie do końca rozumiejąc postawę chłopaka. — Wciąż jesteś dzieckiem.
Potter zaśmiał się cicho i pokręcił przecząco głową.
— Nie jestem dzieckiem, panie Black.
-I-I-I-
Następnego dnia rano, Harry wybrał się do La Push. Wczorajszy
wieczór nie był zbyt szczęśliwy, nie spodobało mu się pokrewieństwo młodego
Indianina ze swoim chrzestnym, nawet, jeżeli tak bardzo odległe. Ale chciał z
nim wyjaśnić kilka spraw. Co prawda nałożył na ich umysły ochronne zaklęcia,
bojąc się, że Edward może zbyt szybko zorientować się, kim ten naprawdę jest,
ale jednak rozmowy także potrzebował. I nadal chciał się dowiedzieć, kim jest
chłopak, jaka siła nim kieruje.
Wczoraj był zbyt wściekły, żeby się nad tym zastanowić, ale
teraz był pewien, że Jacob nie jest zwykłym człowiekiem. Nie mógłby. Wśród
starych ksiąg swojego kochanka znalazł tę, z podaniami dotyczącymi stworzeń
zamieszkujących Amerykę Północną. Tak jak pamiętał, była tam wzmianka o
wilkołakach z rezerwatu, do którego się właśnie wybierał. Tylko, że to nie był
wilkołak. Tego jednego był pewien.
Drzwi otworzył mu wysoki brunet, uśmiechając się pytająco.
Harry od razu poczuł taką samą energię, jak ta, która otaczała Jacoba.
— Och! Ty również? — zapytał, mało składnie. — Ilu was jest?
Chłopak patrzył na niego bez zrozumienia, kiedy z pokoju
wyszedł młody Black. Zmrużył gniewnie oczy, ale zaprosił go gestem do środka. W
niewielkim pomieszczeniu był jeszcze jeden nastoletni chłopak i
dwudziestokilkuletni mężczyzna. Potter aż sapnął na ich widok. BW jakiś dziwny
sposoby byli do siebie podobni, choć jeszcze bardziej podobne były ich aury. Ta
wewnętrzna siła, o której nie mógł zapomnieć. Machnął niepostrzeżenie różdżką,
wyciszając domek i stanął tuż przed czwórką młodych ludzi.
— Kim jesteście? — zapytał wprost.
Nikt nie kwapił się z odpowiedzią, choć wszyscy byli pewni,
że nie chodziło mu o ich imiona.
— Kim jesteście? — powtórzył, decydując się na rozwinięcie
swojej wypowiedzi. — Wyczuwam w was siłę podobną do tej, którą mają wampiry —
mruknął, czemu towarzyszył gardłowy warkot, wydobywający się z czterech gardeł.
— Wiem, że nie jesteście wampirami — machnął niedbale dłonią. — Jesteście
bardziej podobni do wilkołaków, ale nie ma w was tej mrocznej części, którą oni
się kierują. Nie zmieniacie się w bestie podczas pełni.
W pokoju zapanowała cisza, a wszystkie spojrzenia skierowane
były na niego. Jacob trząsł się nieznacznie, prawdopodobnie próbując opanować
przemianę. Nie mogli się przed nim zdradzić. I tak zastanawiające było, że
człowiek może być tak blisko prawdy. Chociaż Black wiedział, że Harry’ego
zwykłym człowiekiem nazwać nie można. Po tym, co im wczoraj opowiedział,
obawiał się go nawet bardziej, niż swoich naturalnych wrogów. Nie wierzył co
prawda, że chłopak, mógłby o nich komukolwiek opowiedzieć, ale to nie zmieniało
faktu, że sam także wiedzieć nie powinien. A on nie miał prawa mu tego
zdradzać.
— Jeżeli mi nie powiecie, sam się dowiem — powiedział
spokojnie. — Jake wie, jaką siłą dysponuję.
Niepewne spojrzenia skierowały się na szesnastolatka, a ten,
z trudem utrzymując ludzką formę, skinął głową.
— Jacob, powinieneś wyjść — mruknął najstarszy z obecnych,
Sam.
— Nie.
— Zrobisz mu krzywdę — teraz już warknął groźnie.
— Nie zrobi — odparł cicho Harry. — Niech się przemieni, chcę
zrozumieć — dodał spokojnie.
Znowu zerknęli na niego pytająco, ale tym razem nikt się nie
odezwał. Zirytowany czarodziej szepnął, opanowane lata temu, zaklęcie i na
krótki moment zatopił się w umyśle chłopaka. Kiedy po kilkunastu sekundach go
opuścił, aż sapnął ze zdziwienia. To rzeczywiście nie były wilkołaki, choć same
tak siebie nazywały. Pamiętał, że gdzieś w Azji mówiło się o nich zmiennokształtni,
ale tutaj zapewne to określenie nie dotarło. Rozumiał już też, dlaczego Jake
nie chciał zmienić się w wilka. Kiedy byli pod tą postacią, ich jaźń była w
pewnym stopniu wspólna i Indianin nie miałby żadnej szansy obronić jego
wczorajszej historii. A nie chciał zdradzać tego pozostałym. O ironio, właśnie
ze względu na Harry’ego, a nie na siebie. Nie chodziło nawet o strach, a
jedynie o zwyczajną uczciwość. Chyba chciał go w ten sposób przeprosić za swój
wczorajszy wyskok.
— Oni i tak się dowiedzą — powiedział pewnie do najmłodszego
chłopaka. — W końcu będziesz musiał się zmienić.
Znowu usłyszał ciche warczenie, ale tym razem złość agresora
skierowana była na szesnastolatka.
— On nic mi nie powiedział.
Harry stanął naprzeciwko Sama, przybierając postawę do walki.
Czuł, jak magia znowu w nim wzrasta. Ostatnio te wahania zaczynały go
niepokoić. Kiedy żył Severus, zawsze potrafił je kontrolować. Wystarczył jeden
dotyk, krzywy uśmiech, muśnięcie warg, a wszystko natychmiast wracało do normy.
Teraz było trudniej. Teraz wszystko było trudniejsze, bardziej skomplikowane.
— Ty jesteś Alfą, prawda? — Mężczyzna skinął krótko, chyba
nie do końca świadomy tego gestu. — Powinieneś więc najlepiej wiedzieć, że on
nie może złamać twojego bezpośredniego zakazu.
Sam wyprostował się nagle, parząc na niego uważniej. Chłopak
miał rację, Jacob nie mógł w taki sposób przeciwstawić się jego słowom. Nie
wyjaśniało to jednak w żadnym razie, skąd Harry znał ich sekret. Szczególnie,
że wchodząc tu, najwyraźniej nie miał jeszcze o niczym pojęcia. A przynajmniej
nie znał żadnych konkretów.
— Kim ty jesteś? — zapytał, ale chłopak tylko mruknął coś
niezrozumiale.
Jacy oni wszyscy są monotematyczni, pomyślał
rozbawiony.
— Jako, że w formie wilków posiadacie wspólną jaźń, moja
osłona rozciągnie się na wszystkich członków watahy — powiedział, zamiast
odpowiedzieć na pytanie. Patrzył na Blacka, a ten odetchnął z ulgą i uśmiechnął
się lekko. — Mam do ciebie prośbę, jako do Alfy — mruknął Harry, tym razem
zwracając się ponownie do Sama. — Nikt nie będzie w stanie odczytać waszych
myśli związanych ze mną, ale to nie znaczy, że sami nie będziecie mogli
zdradzić mojego sekretu.
Mężczyzna nie miał pojęcia o jaki sekret mu chodzi, ale
zauważył, że zarówno on, jak i Jacob mają wyjątkowo poważne miny. Pozostała
dwójka patrzyła na nich zaciekawiona, ale też gotowa do ataku w każdej chwili,
co nie było niczym dziwnym. Byli jeszcze bardzo młodzi. Pierwszą przemianę
przeszli zaledwie kilka tygodni temu i nie potrafili się jeszcze do końca
kontrolować. Podobnie zresztą do Blacka, chociaż on przy Potterze, zachowywał
się zdecydowanie zbyt spokojnie. Jak na siebie rzecz jasna, bo zwykłym spokojem
jego stanu nie można było nazwać.
— Zabroń im mówić o tym, co zobaczycie — dokończył Harry, a
pozostali aż syknęli z niedowierzania.
— Dlaczego miałbym to zrobić? — warknął kpiąco.
— Zrozumiesz, gdy poznasz jego myśli — wskazał na
szesnastolatka. — Uwierz mi, nie chcesz mieć we mnie wroga — dodał jeszcze. — W
razie potrzeby wiecie, gdzie mnie znaleźć.
-I-I-I-
Spędził zadziwiająco miły wieczór z czwórką znajomych ze
szkoły. Jessica była niezbyt zadowolona z jego orientacji seksualnej i chyba
postanowiła zrobić wszystko, żeby zmienić jego zdanie dotyczące bliższych
kontaktów z kobietami. Kleiła się do niego przy każdej możliwej okazji,
ocierając się niby przypadkiem, strzepując nieistniejące pyłki z jego ramion i
pochylając się w jego stronę, ukazując coraz więcej swojego biustu. Nie zwracał
na nią najmniejszej uwagi, skupiając się na rozmowie z Newtonem i Angelą, która
okazała się dużo bardziej ciekawą osobą, niż przypuszczał początkowo. Wypili
kilka butelek wina, słuchając lecącej w tle muzyki i rozmawiając o wszystkim i
niczym.
Rozlokował ich w kilku sypialniach, nie pozwalając wrócić na
noc do domów. Dobrze się z nimi czuł. Mógł przez te kilka godzin wmówić sobie,
że jest zwykłym nastolatkiem, ze zwykłymi problemami. Szkoła, zauroczona
dziewczyna, rozgrywki w siatkówce, w której okazał się całkiem niezłym
zawodnikiem. Nic więcej. Żadnej magii. Żadnych czyhających na niego
niebezpieczeństw. Żadnego szaleńca pragnącego go zabić.
Nie mógł tylko pojąć jednego. Jakim cudem, chcąc wyrwać się
zupełnie z czarodziejskiego świata, trafił do miejsca, gdzie ścierały się ze
sobą dwie wrogie nacje magicznych stworzeń? Które na dodatek nie wiedziały o
istnieniu magii.
Czarodzieje od wieków, starannie utrzymywali wampiry w
niewiedzy. Pakt, który został zawarty pomiędzy Międzynarodową Konfederacją a Volturi
obowiązywał do dziś. Tylko nieliczni przedstawiciele tego gatunku wiedzieli o
istnieniu magicznych społeczności rozsianych po całym globie. Najwyraźniej klan
z Forks do nich nie należał, skoro nawet jego aportacja nie sprowadziła ich na
właściwe tory.
Z kolei zmiennokształtni byli tak wyobcowani w swojej
naturze, że bardzo niewielu czarodziei wiedziało o ich istnieniu. Zresztą w La
Push nie pojawiali się już od bardzo długiego czasu (a wcześniej i tak ktoś z
jakichś powodów sklasyfikował ich jako wilkołaki!) i Harry miał dziwne
wrażenie, że to wszystko jest ściśle powiązane z pojawieniem się w pobliżu ich
siedlisk rodziny Cullenów. Jakieś ukryte przez lata geny, musiały się ujawnić,
kiedy zmienni poczuli zagrożenie ze strony niebezpiecznych drapieżników.
Drapieżników, które jednak wcale im nie zagrażały, jako, że żywiły się jedynie
zwierzęcą krwią.
Paranoja…
Niedzielę poświęcił na douczanie się na najbliższy sprawdzian
z chemii. Może i rozumiał wszystkie praktyczne zależności pomiędzy składnikami stosowanymi
w różnych doświadczeniach, ale teoria była zbyt skomplikowana, żeby mógł sobie
ją odpuścić.
Wieczorem, ku jego zaskoczeniu, odwiedził go Sam. Z ojcem
Jacoba, który okazał się jednocześnie jednym z członków starszyzny swojego
plemienia. Alfa zapewnił go, że jego sekrety nie zostaną wydane i wyjaśnił
sprawę stosunków panujących pomiędzy nimi a Cullenami. Nie były zbyt dobre,
aczkolwiek szczególnie złe także nie. Pakt o nieagresji, zawiązany
kilkadziesiąt lat wcześniej, obowiązywał do dziś. Harry przyznał, że pozostaje
z klanem w dość ścisłych kontaktach i to się nie zmieni, choć nie zamierzał w
żaden sposób zdradzać im jakichkolwiek sekretów sfory. Sam był wyjątkowo
zadowolony po tym oświadczeniu, zapraszając go do siebie, jeżeli będzie miał na
to ochotę.
Chyba przestał widzieć w nim wroga, albo przynajmniej nie
miał zamiaru go sobie stwarzać. Chłopak był silny, a już sam fakt, że jednym
ciosem powalił jednego z jego najsilniejszych ludzi, wzbudzał w nim fascynację.
Do tej pory nikt nie był w stanie tknąć żadnego z nich.
Poniedziałek zapowiadał się wyjątkowo ponuro. Chemia zaczęła się
i skończyła szybko, podobnie jak inne zajęcia aż do przerwy obiadowej. Na tej,
jak zwykle ostatnimi czasy, usiadł z trójką udomowionych wampirów. Jasper wdał
się z nim w wyjątkowo krwawą rozmowę o swojej przeszłości, która w pewien,
niewielki, ale jednak, sposób przypominała jego własną.
— Tak więc walczyłem nie tylko jako człowiek, ale także jako
wampir — kończył swoją opowieść. — Dopiero tutaj znalazłem rodzinę i inny cel w
życiu. — Aż skrzywił się na swoje ostatnie słowo. Nie był pewien, czy ma
jeszcze prawo o swojej egzystencji mówić, jak o życiu.
— Nienawidzę wojny — mruknął Harry. — Zostałem w nią uwikłany
mając zaledwie rok, stając się kimś na wzór bohatera narodowego.
— O jakiej wojnie mówisz? — zapytała Alice.
— Strasznej. Zabrała większość mojego człowieczeństwa — mówił
odległym głosem. — Po kolei zabierała też wszystkich, których kochałem.
— Harry, o jakiej wojnie mówisz? — Rosalie położyła mu dłoń
na ramieniu, ściskając je lekko i patrząc uważnie w jego oczy, dostrzegając w
nich jedynie pustkę. — Powiedz nam.
— Jeszcze nie, Rose — szepnął. — Jeszcze jest zbyt wcześnie,
żebyście wiedzieli. Ale obiecuję, że wkrótce wszystko wam wyjaśnię.
Niespodziewanie Jasper poczuł wzbierające w nim uczucia. Żal,
smutek, rozgoryczenie. Miłość, przywiązanie i dobro. Nienawiść, złość, bunt. To
był pierwszy raz, kiedy czuł je tak wyraźnie. Najpewniej chłopak nie zdawał
sobie z tego sprawy, ale musiał naprawdę zacząć ufać swoim towarzyszom, skoro
powoli się przed nimi otwierał. Choćby i nie robił tego świadomie. Wampir
spojrzał na niego, zaskoczony taką dawką emocji i położył swoją dłoń na drugim
ramieniu Pottera, a ten zaczął się automatycznie uspokajać i wyciszać. Chłopak
zerknął na niego analizującym spojrzeniem i uśmiechnął się z wdzięcznością.
— Edward czyta w myślach — zaczął. — Ty najwyraźniej
potrafisz manipulować emocjami, co jest mi teraz bardzo potrzebne, więc nie
przestawaj — dodał szybko, kiedy Jasper chciał się odsunąć. — Każde z was ma
jakiś specjalny dar?
-I-I-I-
Seth ach, więc akcja z ramką nie była związana z
wpojeniem, a Harry jak widzisz mu nie dokopał. Za dobry jest, wredny
skurczybyk, ale potrafi się dogadać z ludźmi… tak, albo inaczej.
Caathy.x1 jeśli chodzi o Emmeta, to chciałam zostawić
Edwardowi chociaż jedną osobę, która go wspiera. Black po przemianie, jak
mówiłam, kaleczę kanon:P
~Tirea tia… wiem, że czasami przesadzam, jeśli chodzi
o intuicję, siłę i moc i w ogóle w przypadku Harry’ego, ale ja naprawdę nie
potrafię inaczej. Jakoba postrzegałam bardzo długo jako takiego dzieciaka
właśnie, więc tak i u mnie zaczyna, ale zmieni się trochę. Ach i wyjaśnię jego
zachowanie. Jestem podła… Axh, i Miki ma rację, Jake jest już po przemianie.
KiNyA ach, tworząc Edwarda takiego, przypomniałam
sobie wypowiedź Pattinsona po nakręceniu Zmierzchu. Mówił, że postrzegał
Edwarda, jako osobę całkowicie bezradną i zagubioną w swoich instynktach i
pragnieniach. Istotę niepewną siebie i tego, co powinien robić. Więc to trochę
podkręciłam i… O!
Lau~ Jake był zły… hm, chyba nie powinnam go
usprawiedliwiać, ale odpowiem na oba pytania i na kogo i dlaczego:P Na część
pytań odpowiada rozdział, a część będzie później. Nie byłabym sobą, gdybym
wszystko na raz zdradziła:D
Shana89 hej! Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci
do gustu. Ja muszę przyznać, że miałam taki czas, kiedy obawiałam się, że
Edward zajmie miejsce Harry’ego w moim sercu.
Nie udało mu się, ale sentyment pozostał i stąd ten tekst. Chociaż
został tak dobrze przyjęty, że może będzie kiedyś więcej:P Silny Potter to u
mnie standard(nie umiem z tego zrezygnować…) a drażnienie bestii jest cudowne:P
NigrumLotus Kuroshitsuji znam, ale raczej właśnie z
crossów, więc jak napiszesz to na pewno przeczytam:P Hihi, wiesz, że jam jest
mistrz komplikowania wszystkiego, co się tylko da! Prawdę mówiąc sytuacja z
gośćmi była żywcem ściągnięta z życia! Miło, że nie tylko moi znajomi są tacy:P
Spojrzenie Zabójcy proszę oto i więcej. Ach, cieszę
się, że doprowadzam do takich emocji!
Miki Jake miał was wszystkich zdenerwować i cieszę
się, że wyszło:D Edward jest zabawny, prawda? Och, jestem dla niego paskudna,
ale cóż, bywa. I prawdę mówiąc miałam dodać ten rozdział w środę, ale zupełnie
nie miałam czasu!