sobota, 2 lutego 2019

Antologia Bucketbook.pl

Cześć Wszystkim!

Wiem, że dawno mnie nie było, a teraz na dodatek przychodzę bez rozdziału :/ Przepraszam!

Ale...

Od jakiegoś czasu piszę kilka tekstów autorskich, które mogą się Wam spodobać (mam taką nadzieję!). Co prawda żaden z dłuższych nie jest jeszcze skończony, ale jeden mniejszy, na ponad 130 tys. znaków, tj. około 21 tys. słów będzie można przeczytać, kupując zbiór opowiadań kilku autorów. Znajdą się tam teksty między innymi Schikat Tales, Bartka "Silvera" Brzezińskiego i Luany. Zakładam, że to osoby, które znacie lub na które trafiliście chociaż raz podczas swojej przygody z homoerotycznymi blogami. Ja sama bardzo lubię czytać to, co wyjdzie spod ich palców.

W każdym razie...
Jeśli jeszcze nie trafiliście do internetowego sklepu Bucketbook.pl, to zapraszam tam czym prędzej! Antologia już jest w zapowiedziach, do kupienia będzie od 14.02.2019 r. Akcja walentynkowa :) To tom pierwszy, w którym motywem przewodnim była miłość 😍

Mój tekst to "Za plecami" i opowiada o chłopaku, który z pozru miał całkiem nieźle dzieciństwo aż do momentu, kiedy przyznał w domu, że jest gejem. Szukając pracy, rozczarowany, że nikt go nie chce zatrudnić, spotyka w Central Parku kilkuletniego chłopca i wtedy jego życie wywraca się do góry nogami.

Mam nadzieję, że jeśli ktoś z Was zdecyduje się na zakup, będzie naprawdę zadowolony :)

Uściski dla Was, którzy wciąż czekacie i we mnie wierzycie!

sobota, 3 listopada 2018

Zapomnieć 34

Cześć!
Dziękuję za komentarze, wrzucam rozdział na szybko, więc mam nadzieję, że wszystko będzie ok:) Miłego czytania!



Sam zawarczał jeszcze głośniej, machając przy tym swoją wielką, wilczą łapą i odpychając Draco tak mocno, że ten wylądował na znajdującym się kilka dobrych metrów dalej drzewie. Osunął się obolały na ziemię, czując strużki krwi płynące po jego plecach. Przeklął cicho, prosząc jedynie w duchu, żeby Cullenowie rzeczywiście nie mieli ochoty na jego krew. Żeby Edward, w przypływie jakichś cholernych wampirzych instynktów, nakazujących mu walczyć o swoje, nie postanowił go nagle rozszarpać.
Potrząsnął głową, kiedy usłyszał rozpaczliwe wycie i skierował swoje spojrzenie na dwa walczące basiory. To było istotniejsze w tej chwili.
Jacob wygrywał. A przynajmniej tak to wyglądało, chociaż właściwie Draco nazwałby to inaczej, bardziej dosadnie. Był niemal pewien, że Sam stracił jedynie ułamki sekund na usunięcie go z drogi, ale już dawno podejrzewał, że Black może być dużo silniejszy niż dotychczas pokazał. Potter wspominał, że w jego żyłach płynie krew wilków Alfa i zapewne jedynie młody wiek spowodował tę dysharmonię w hierarchii sfory. To jednak nie był dobry czas na jej zmianę i Draco po prostu musiał coś zrobić, żeby uratować Sama. Problem polegał jednak na tym, że uderzenie w Jacoba kolejnym zaklęciem torturującym może nie skończyć się za dobrze. Bo, o ile Draco właściwie zrozumiał to, co chciał mu przekazać Sam, zwierzęca forma Jake'a właśnie próbowała przejąć nad nim kontrolę. I nastolatek powinien dogadać się ze swoim wpojonym, żeby na powrót odzyskać równowagę. To wydawało się dość oczywiste, tylko przy okazji całkowicie niemożliwe do zrealizowania w tej sytuacji. A jednak Cruciatus teraz mógł wywołać jeszcze więcej szkód, jeśli wilk uzna, że Draco go odrzuca. I to komplikowało dosłownie wszystko, bo Ślizgon nie wiedział, jak się zachować.
Wingardium Leviosa — wrzasnął w końcu, bo Samowi udało się na niego spojrzeć, ale Malfoy nawet nie chciał zgadywać, co mężczyzna teraz czuje. Jego pysk był rozszarpany tak bardzo, że dziwił się, jakim cudem facet wciąż pozostaje przytomny.
Jake uniósł się w powietrze, całkowicie bezwolny, wyraźnie wytrącony z równowagi. Było widać, że się miota i próbuje wyrwać spod działania zaklęcia. A Draco wciąż nie wiedział, co powinien zrobić. Utrzymywał czar z trudem, wiedząc, że bez cofnięcia go, nie może rzucić następnego. Sam zmieniał się z wolna w człowieka, ale wyglądał raczej jak kawał rozszarpanego mięcha i Malfoy był pewien, że jeśli wypuści Jacoba chociaż na chwilę, ten dokończy to, co zaczął i rzuci się na mężczyznę. I zapewne tym razem zdąży go zabić, zanim on zareaguje.
Niespodziewanie na polanę wbiegli Edward z Jasperem, a zaraz za nimi Quil i Seth, jeden z młodszych wilków. Draco miał ochotę odetchnąć z ulgą, a chwilę potem wzdrygnąć się, bo chyba żaden z nich nie zinterpretował właściwie sytuacji. Wszyscy byli gotowi do walki, ale każdy z nich skupiał się na innej osobie, nie wiedząc, kto jest winien obrażeniom Sama, ani o co w tym naprawdę chodzi. Draco wcale się temu nie dziwił, więc opuścił szybko osłony, licząc, że jego myśli nie są zbyt zagmatwane i Edward będzie potrafił zrozumieć wszystkie zawiłości ich położenia.
Mogli się nie lubić, a jednak Draco był pewien, że ten nie cofnie się nawet o krok, pomagając mu za wszelką cenę. Kiedy walczyli, Edward miał dobry powód i dobrą wymówkę, żeby wyżyć się na nim bardziej niż to było konieczne, ale to nie tak, że on postąpiłby w jego sytuacji inaczej. Nigdy nie zgadzał się na zabieranie mu czegokolwiek, co powinno należeć do niego i dlatego tak bardzo był wściekły na Pottera, kiedy okazało się, że ten zabrał mu Severusa. I nie miało znaczenia, że mężczyzna nigdy nie był jego.
Odetchnął cicho, zerkając na Edwarda, zauważając jego zszokowane spojrzenie, kiedy ten zrozumiał, co dzieje się z Jacobem i w jak fatalnym stanie jest Sam. Natychmiast zatrzymał wilki, które warczały coraz głośniej, to na Draco, to na Jacoba, szykując się do ataku. Nakazał im powrót do reszty, wahając się jeszcze przez chwilę, ale w końcu poprosił Jaspera, żeby ten zaniósł Sama do Carlisle'a. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego brat jest silniejszy od niego, ale słyszał jego myśli i wiedział, że ten nie do końca radzi sobie z zapachem krwi, którą Malfoy wręcz ociekał, ani z emocjami, którymi musieli emanować zmienny i jego wpojony.
Jasper w końcu podniósł pokiereszowane ciało Sama z ziemi i ruszył przed siebie z taką prędkością, że młode wilki miały problem z dotrzymaniem mu kroku.
— Powiedz mi, jak mam ci pomóc? — zapytał wampir, kiedy zostali na polanie we trzech.
Jacob wciąż lewitował w powietrzu, rzucając się na wszystkie strony, za wszelką cenę chcąc się wyrwać spod czaru.
Draco był wykończony. Nigdy nie przypuszczał, że to zaklęcie będzie zużywać tak dużo jego mocy, ale może miało to związek z siłą, którą dysponował wilk. Nie miał pojęcia i to nie było ważne. Problem leżał w tym, że czar był przeznaczony do unoszenia drobnych przedmiotów na krótki czas i Draco mimowolnie poczuł zazdrość, kiedy przypomniał sobie, że na ich pierwszym roku Weasley za pomocą tego samego zaklęcia uniósł górskiego trolla. Nie sądził, że jemu by się to wtedy udało.
— Draco, skup się — warknął Edward, najwyraźniej cały czas czytając z jego myśli.
Cóż, Draco sam to sobie zrobił, opuszczając osłony. Przynajmniej wychodziło na to, że wampir zorientował się, że nie bardzo jest w stanie mówić. Zaklęcie traciło moc po wydaniu najcichszego dźwięku.
— Co mam robić? — przypomniał o sobie po raz kolejny Edward i to zaczynało być trochę irytujące.
Severus potrafił z nich czytać, jak z otwartych ksiąg ze swoimi ukochanymi eliksirami. Podejrzewał, że z niego czy Weasleya tak samo dobrze, jak z Pottera, więc pieprzenie nie miało z tym wiele wspólnego. Jego nigdy w końcu nie dotknął, a Draco naprawdę chciał poczuć w sobie te długie palce. Nie, żeby te Harry'ego mu nie odpowiadały, mogły nie być tak smukłe, ale nie miał porównania. Tak, czy inaczej, Severus by wiedział, że Draco nie może się teraz odezwać i potrafiłby mu pomóc, a nie tylko stałby obok, jak spetryfikowany i warczał na niego coraz głośniej. Rzuciłby pewnie w Jake'a jakimś paskudnym, czarnomagicznym zaklęciem i wtedy wszyscy byliby w czarnej dupie. Nie, żeby teraz nie byli. Nie miał pojęcia, czy uda mu się przekonać do czegoś Jacoba, ale świadomość tego, że Edward będzie go osłaniał była uspokajająca. To było dość irracjonalne, ale Draco naprawdę mu ufał. O wiele bardziej niż Jacobowi, choć może to wynikało z tego, że wampir nigdy nie mógłby go skrzywdzić w sposób, w jaki kiedyś może to zrobić Jake. Draco nie był mistrzem w tych emocjonalnych bzdurach, ale oglądał rozpacz Pottera wystarczająco długo, żeby bać się tak intensywnej miłości. Gdzieś w głębi siebie chciałby jej doświadczyć, ale to wcale nie znaczyło, że nie czuł strachu. Lepiej więc było zbudować mur i trzymać za nim wilka; tak przynajmniej wydawało mu się jeszcze wczoraj. A teraz wszystko się tak bardzo skomplikowało, że nie umiał nawet zapanować nad tym cholernym natłokiem myśli.
Edward wpatrywał się w niego z niedowierzaniem, bo prawdę mówiąc do tej pory sądził, że chłopak jest ucieleśnieniem chłodnej głowy i spokoju. Nie zastanawiał się nawet chwili, kiedy pomagał Harry'emu po tym, co on mu zrobił, a jednak teraz był kłębkiem nerwów. Może trochę przez to, że uważał się za chociaż częściowo winnego tej sytuacji.
— To nie twoja wina — powiedział cicho wampir, podchodząc do niego i kładąc mu ostrożnie dłoń na ramieniu.
Starał się zignorować każdą jego myśl o Harrym, czy Harrym i Severusie, mimo że nie było to wcale proste. A jednak wiara, którą Malfoy w nim pokładał dawała mu tak potężnego kopa, jak dawno nic w jego życiu.
— Draco — zaczął jeszcze raz, ściskając jego ramię, bo chłopak był chyba we własnym świecie. — Stan, w którym jest Jake to nie twoja wina — kontynuował powoli, kiedy Malfoy w końcu spojrzał na niego przytomniej. — To jest jego wina — dodał twardo i pewnie, i Draco wziął głęboki wdech, kiwając głową na zgodę.
To była wina Jacoba. To on nie mógł się pogodzić z faktem, że wpoił sobie mężczyznę, że seks nie będzie się odbywał na warunkach, jakie postawi wilk. To była wina Jacoba, że nie przyszedł do niego i nie powiedział, czego potrzebuje, że nie przyznał, jak bardzo druga natura go pochłania, zawłaszcza jego tożsamość. To była wina Jacoba, że był zazdrosny o Harry'ego, bo przecież Edward też nie mógł czuć się z tym wszystkim komfortowo. A jednak potrafił znieść jego towarzystwo, jego zapach na Potterze. Pogodził się z tym i umiał poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebował; o dotyk czy obecność. I to była cholerna wina Jacoba, że ten nie przyszedł do niego i nie powiedział mu, że jego wilk jest tak silny. Mogliby wymyślić coś wspólnie, ale widocznie Jake nie uważał go za wystarczająco dobrego dla siebie i nie chciał z nim rozmawiać. I to wszystko było jego winą...
— Nie nakręcaj się tak — warknął Edward, stając za Malfoyem i pozwalając mu się oprzeć o swoje ciało, z czego ten skwapliwie skorzystał. I jeżeli to nie było dowodem zaufania, wampir nie wiedział, co mogłoby nim być. — Draco, nie masz siły — przypomniał. — Co mam zrobić? — zapytał jeszcze raz, licząc, że chłopak w końcu się pozbiera.
I kiedy przypłynęła do niego tylko jedna myśl, "przytrzymaj go, kiedy zdejmę zaklęcie", przytaknął nieuważnie, odsunął się od niego i stanął w pozycji gotowej do ataku. Wiedział, że da radę pokonać Jacoba, ale nie sądził, żeby ten poddał się bez walki. On by się nie poddał.
Draco pomyślał, że unieruchomi Jacoba, ale to zajmie mu chwilę, więc Edward po prostu będzie musiał trzymać go z daleka od niego. Dać mu czas na rzucenie zaklęcia, później spróbuje po prostu z nim porozmawiać. Nic innego się nie sprawdzi, tego był pewien.
I kiedy ostatecznie zdjął czar, prawie upadł na trawę, mając wrażenie, że jego magiczny rdzeń się wyczerpał. Jakby stał znowu na hogwardzkich błoniach po rzuceniu Avady w ojca. Nie miał sił, a jednocześnie to jeszcze nie był koniec, musiał walczyć dalej. Tym razem nie zabijać, ale jednak nic miało nie być proste.
Usłyszał potężny huk tuż obok i przez chwilę obserwował, jak Edward i Jake starli się w bezsensownej walce, do której w ogóle nie powinno dojść, do której by nie doszło, gdyby jego wilk nie był takim tchórzem. I może był młody, ale Draco miał to głęboko gdzieś, siła zobowiązywała. On, mając tyle samo lat, odrzucił całe swoje ówczesne życie i podążył za światłem, nawet jeżeli jego pobudki nie były wtedy zbyt czyste. Chciał Severusa i skoro jedyną opcją na prawdziwe zbliżenie się do niego było stanie w jednym szeregu z Potterem, zrobił to. Musiał przewartościować całe swoje życie, nauczyć się ufać ludziom, których od zawsze uważał za wrogów. Czasami do tej pory nie mógł uwierzyć, że tak chętnie go przyjęli, że udało mu się z nimi zaprzyjaźnić. Może nie zdobył Severusa, ale zrobił tak dużo, jak mógł, żeby to się stało. Jacob nie zrobił nic i za to Draco był najbardziej wściekły.
Podniósł różdżkę, czując jak złość się w nim buduje, jak odbiera mu dech i zdolność racjonalnego myślenia. Wilk go wybrał, stawiając pod ścianą i nie dając żadnej możliwości ucieczki. Cały czas czegoś żądał, nie oferując w zamian niczego, co miałoby dla Draco jakieś znaczenie. Iluzja uczucia, które mogło się kiedyś pojawić nie była warta jakiegokolwiek poświęcenia, nie była warta nawet tej walki, która zresztą wciąż pozostawała nierozstrzygnięta.
— Petrificus Totalus — wykrzyknął, kiedy Edward złapał Jacoba w stalowym uścisku, z całą pewnością podduszając go wystarczająco mocno, żeby ten był bliski utraty przytomności.
— Co mu zrobiłeś? — zapytał zszokowany wampir, natychmiast puszczając wielki wilczy kark, kiedy poczuł, jak ciało, które tak kurczowo ściskał, przestało się poruszać.
I chyba był nieco przerażony, bo myśli Malfoya jeszcze chwilę temu zmierzały tylko w jednym kierunku i to nie był ten kierunek, który sobie wyznaczyli, zgadzając się na wspólną walkę przeciwko Volturi. Edward mógł nie pałać miłością do wilków, ale żyli wspólnie i do tej pory udawało im się dogadywać. Nawet jeżeli nie wiedzieli o sobie wszystkiego. Rozumiał potrzebę zatrzymania Jacoba, ale chłopak przez chwilę wyglądał na martwego; jego funkcje życiowe się po prostu wyłączyły i Edward nawet nie chciał myśleć o bitwie, która z tego powodu stoczy się między nimi a sforą. To było fatalne, to była tragedia, szczególnie teraz.
— Unieruchomiłem go — uspokoił go Draco i już w następnej chwili Edward zauważył, że wielka klatka piersiowa Jake'a się porusza, a do jego uszu dotarł cichy oddech wilka.
Draco jeszcze przez chwilę stał, przyglądając się ogromnemu cielsku, pokrytemu sierścią i zastanawiał się, co powinien zrobić. Nie był szczęśliwy, że to on musi sprzątać bałagan, którego narobił wilk, ale wiedział, że inaczej nie pójdą do przodu. Przez chwilę myślał o odesłaniu stąd Edwarda, ale to nie miało sensu, wampir i tak już wszystko wiedział. Znał każdą jego obawę i rozumiał wszystkie wątpliwości, każdą, nawet najmniejszą niesprawiedliwość. I był po jego stronie, co chyba było najważniejsze. Nie miał pojęcia, jakim cudem doszli do tego punktu w relacjach, które między nimi panowały, ale to się stało i ostatecznie Draco chyba bardziej potrzebował, żeby Edward z nim został niż, żeby go teraz zostawił samego z Jacobem.
Podszedł powoli do wilka, dotykając jego futra na karku i głaszcząc je przez chwilę delikatnie. Było cudownie miękkie w dotyku i Ślizgon odprężał się, wykonując nieskomplikowane ruchy w dół, aż do masywnego uda.
— Musisz ze mną rozmawiać, Jake — powiedział cicho, przytulając się do boku jego ciała, wplatając palce w jasno brązową sierść. — Musisz mi mówić, jeśli coś jest nie tak, nie siedzę w twojej głowie.
Wilk zaskomlał cicho, ale nie zrobił nic więcej, nie będąc w stanie wyrwać się spod działania klątwy. Draco jednak nie zamierzał zdejmować jej tak szybko, wszystko musiało zostać powiedziane właśnie teraz, nawet jeżeli nie bardzo mu się to podobało.
— Twój wilk, twoja druga jaźń mnie chce i rozumiem to, jestem wspaniały — powiedział i zaśmiał się cicho, słysząc z tyłu parsknięcie Edwarda. — Ale zrzuciłeś na mnie coś, czego wcale nie chciałem, po czym się odsunąłeś. Skąd miałem wiedzieć, czego ode mnie oczekujesz?
Odsunął się i obszedł wilka dookoła. Był naprawdę ogromny; wielkie mięśnie, zastygłe teraz w bezruchu, łapska, którymi mógłby zgnieść jego głowę bez najmniejszego wysiłku. Zawsze fascynowała go siła, a w tej formie Jake wcale nie wyglądał jak zagubiony nastolatek, który dopiero godzi się ze swoimi preferencjami. Wyglądał jak cholerna maszyna do zabijania i Draco czuł satysfakcję, że to on potrafił go zatrzymać. Nawet jeżeli miał w tym swój udział wampir.
Pytanie Harry'ego o to, czy Draco chciałby być topem wróciło nagle i niespodziewanie, podsuwając mu przy okazji wspomnienia seksu, który wtedy mieli. Wiedział, że jego oddech przyspieszył, a serce wali jak oszalałe, ale to nie było coś nad czym był w stanie zapanować. Seks z Potterem zawsze był cholernie intensywny i to na pewno nie był dobry czas na tego typu przemyślenia, ale to się po prostu działo. Może powinien postawić z powrotem osłony, ale Edward naprawdę o nich wiedział, nie sądził więc, że odcinanie go teraz będzie dobrym posunięciem. I jednocześnie, kiedy Draco pomyślał, że mógłby mieć Jacoba w taki sposób, w jaki brał go Potter, bez ograniczeń, z cholerną siłą, a jednocześnie niewyobrażalną troską, skupiając się tylko na jego przyjemności, miał ochotę po prostu zdjąć zaklęcie z wilka, pozwolić mu się przemienić w człowieka i rzucić czar jeszcze raz. Mógłby całkowicie kontrolować sytuację, mógłby zrobić wszystko bez najmniejszej obawy. Zaraz jednak w jego głowie pojawił się obraz nieprzytomnego Harry'ego, po tym jak potraktował go Edward za tym pierwszym razem. I on też był wtedy pewny, że panuje nad sytuacją, że wystarczy jedno zaklęcie i uda mu się trzymać wampira w ryzach.
Odetchnął głęboko i ochłonął w tym samym momencie. Mieli rozmawiać. Zapędził się, a przecież doskonale wiedział, że nie było nic przyjemnego w przymusie. W końcu połowa jego życia się na tym opierała i było mu niedobrze na samo wspomnienie. Tak naprawdę podziwiał Pottera, że ten wciąż potrafił zachowywać się z czułością w stosunku do Edwarda, mimo tego, co się między nimi wydarzyło. I Gryfon mógł twierdzić, co tylko chciał, Draco nigdy nie uwierzy, że nie zależy mu na Edwardzie bardziej niż próbował wszystkim wmówić. I to wszystko musiało mieć związek z Severusem. Harry bał się do końca zaangażować, wejść w nowy związek całkowicie, bo albo nie chciał znowu tak bardzo cierpieć, albo wciąż nie do końca poradził sobie z faktem, że Severusa nie ma już przy nim.
Ale Severus nie żył.
Edward wydał z siebie jakiś niezrozumiały dźwięk, coś pomiędzy jękiem a wyciem i Draco natychmiast wrócił do rzeczywistości. Na twarzy wampira nie drgnął nawet jeden mięsień i teraz obaj, on i Jake wyglądali na spetryfikowanych.
— Nie wiedziałeś — uświadomił sobie Draco i skrzywił się lekko, ale złe już się stało. A może dobre, jeśli tylko Edward będzie potrafił podejść do tego odpowiednio. W końcu obaj chcieli szczęścia Pottera.
— Teraz skup się na swoim szczęściu — odparł cicho Edward. — On jest już bardziej sobą niż kilka minut temu — dodał. — Mów do niego i dotykaj go.
Wściekłość po wcześniejszych myślach Draco odeszła całkowicie, co było naprawdę dobre, bo jego instynkty szalały. Rozumiał to wszystko, co działo się między Harrym i Malfoyem, a przynajmniej starał się zrozumieć, ale pierwotne prawa były najwyraźniej ważniejsze niż logiczne myślenie. Musiał jednak to wszystko od siebie odsunąć, przynajmniej chwilowo, bo byli tu z powodu Jacoba, a takie sprawy nie rozwiązywały się same.
— Wychodzi na to, że jestem tu dla ciebie, Jake — mruknął Draco, przesuwając się tak, żeby patrzyć wilkowi w oczy. — Mogę być dupkiem przez większość czasu, ale to nie znaczy, że pozwolę ci się całkowicie zmienić — dodał, krzywiąc się lekko. — Możemy porozmawiać z Hermioną, zawsze jest szansa, że ona znajdzie jakieś rozwiązanie na problem waszej wspólnej jaźni. Może da się to blokować. Może... — zaczął i przerwał niemal od razu, zastanawiając się nad swoim pomysłem. Edward z uznaniem kiwał głową, więc pomysł był chyba całkiem niezły.
— Powiedz mu, on ci ufa — wtrącił się wampir. — Ufał ci nawet jako zwierzę, dlatego zaatakował Sama.
Draco spojrzał na Edwarda z niedowierzaniem, ale natychmiast przypomniała mu się sytuacja sprzed szkoły i to, jak Jake wtedy zgubił się w swoich nowych zmysłach, które szalały na punkcie wpojonego i nakazywały bronić go ze wszystkich sił. Nawet jeśli on wcale nie potrzebował żadnej ochrony, nawet jeśli nie był w niebezpieczeństwie. Skinął, bo to właściwie układało się w logiczną całość.
— Może mógłbyś stworzyć drugą sforę? — zaproponował w końcu, odwracając się na powrót do Jacoba. Pogładził go po pysku i prztyknął w nos. — Jesteś piękny — dodał niespodziewanie, słysząc jednocześnie zaskoczone sapnięcie wampira.

wtorek, 2 października 2018

Zapomnieć 33


Cześć!
Mam nadzieję, że wciąż tu zaglądacie:) Inaczej... Ja wiem, że zaglądacie i bardzo Wam za to dziękuję. Boże, miałam skończyć ten tekst już dawno, ale wiecznie mam coś innego na głowie. Podrzucam dzisiaj jeden rozdział i liczę, że Wam się spodoba.
Buziaki dla Was i miłej zabawy podczas czytania:)

Zapomnieć 33
Draco po raz kolejny walczył wspólnie z Samem przeciwko Edwardowi i to chyba nie był najlepszy pomysł, bo wampir kierował wszystkie ataki właśnie na niego. I gdyby toczyli tę walkę z kimś innym z rodziny Cullenów, Malfoy wziąłby pod uwagę, że to może być symulacja prawdziwego starcia, bo być może sprzymierzeńcy Volturi uznaliby człowieka za najłatwiejszego do eliminacji. Jednak w tym przypadku nie potrafił odeprzeć wrażenia, że Edward zwyczajnie się mści za fakt, że on i Harry sypiają ze sobą, nawet jeżeli ostatnio nie robili tego tak często, jak Ślizgon by chciał. Wiedział, że coś się zmieniło pomiędzy Potterem i jego wampirem i nie naciskał na Harry'ego, nawet jeżeli większość nocy wciąż spędzali w jednym łóżku.
— Stop — warknął w pewnej chwili Sam, zmieniając się w człowieka, chyba dochodząc do podobnych wniosków co Draco. Stanął tak, żeby oddzielić go od Edwarda i wpatrywał się w niego intensywnie.
Malfoy uniósł brew, dostrzegając, że Edward zaczyna wyglądać na zawstydzonego i zaczął się zastanawiać, co wyczytał z myśli wilka. Było kilka rzeczy, które Sam mógł mu przekazać, od: zachowujesz się jak dupek, po: to nie sprawi, że Harry przestanie się z nim pieprzyć. Było też całe spektrum pomiędzy i Draco naprawdę miał ochotę o to zapytać, ale Edward po prostu skinął głową i odszedł w stronę Ginny i Deana. A jemu wciąż bardziej zależało na sprowokowaniu go niż na poznaniu tego, co mógł lub nie usłyszeć od Sama.
— Coś się dzieje z Jackobem — mruknął po chwili Sam, nie patrząc na niego, skupiając się raczej na toczących się dookoła walkach.
Draco wyprostował się natychmiast, zerkając na niego pytająco i zastanowił się, czego niby mężczyzna od niego oczekuje. Do tej pory wydawało mu się, że Alfa jest po jego stronie, więc albo z Blackiem było naprawdę źle, albo to perspektywa Sama uległa zmianie. Nie był nawet pewien, czy chce wiedzieć, ale ten spojrzał w końcu na niego i było w jego wzroku coś na tyle niepokojącego, że Ślizgon po prostu nie mógł tego zignorować.
— Mów — rzucił tylko, czekając na kolejne rewelacje.
Sam zmarszczył śmiesznie nos i przesunął spojrzeniem po wszystkich ludziach, którzy znajdowali się w tej chwili na polanie. Nie było wątpliwości, że nie chce przeprowadzać tej rozmowy tutaj i Draco zagryzł zęby, bo to oznaczało, że sprawa jednak jest ważna. Wskazał na las, po czym podszedł do Rona, informując go krótko, że musi coś załatwić i nie jest pewien, kiedy wróci. Rudzielec wyglądał, jakby chciał zapytać, o co chodzi, ale ostatecznie się powstrzymał, patrząc na oddalającego się powoli Sama. Skinął niemal niezauważalnie, pozwalając Draco odejść w spokoju.
Ku zdziwieniu chłopaka, Alfa czekał na niego na motocyklu, który chyba należał do Jackoba, choć pewności żadnej nie miał. Uniósł brew, uśmiechając się prowokacyjnie, ale Sam nie odezwał się słowem, wskazując mu miejsce za sobą.
— Nigdy nie jeździłem... — zaczął z wahaniem, ale mężczyzna tylko prychnął i poklepał skórzane obicie, więc Malfoy westchnął cicho i usiadł za nim, obejmując go kurczowo wokół pasa i przyciskając swoje ciało do jego.
Ruszyli niemal w tym samym momencie i Draco instynktownie wzmocnił uścisk, chociaż strach, który odczuwał przed chwilą bardzo szybko został zastąpiony innymi emocjami. Czuł, jak ciało Sama napina się przy każdej nierówności leśnej ścieżki, po której jechali. Skóra mężczyzny emanowała jakieś niesamowite ilości ciepła, mając przy tym cholernie intensywny zapach, a twarde mięśnie brzucha pracowały pod jego dłońmi w sposób, który nie pozwalał mu racjonalnie myśleć. Sam mógłby być idealny dla niego, gdyby nie pieprzone wilcze prawa i instynkty, gdyby nie wpojenie, które wybrało mu na partnerkę kobietę, a Draco przeznaczyło dla kogoś innego.
Starał się dyskretnie wciągnąć jego zapach, ale to nie mogło się udać, kiedy siedział przed nim zmienny. A nawet gdyby jakimś cudem Sam to przeoczył, musiał czuć jego twardego fiuta, który najwyraźniej uznał, że ta przejażdżka jest tylko wstępem do dłuższej zabawy. Draco zresztą miał ochotę jęczeć, kiedy na każdej kolejnej nierówności ocierał się o pośladki i plecy mężczyzny. To było jak tortura, ale taka cholernie przyjemna i naprawdę nie wiedział, jak powinien się zachować, kiedy w końcu się zatrzymali na jakiejś innej, tym razem niezbyt dużej polanie. Alfa się nie odzywał i nie próbował zerwać ze swojego miejsca, żeby znaleźć się jak najdalej od niego, a on też nie bardzo był w stanie zrobić cokolwiek. Trwali tak więc przez kilka chwil, Draco nie potrafił powiedzieć, jak długo, ale wiedział, że przez cały ten czas machinalnie gładził brzuch Sama i trzymał głowę złożoną pomiędzy jego łopatkami, oddychając niespokojnie.
— Przepraszam — wyszeptał w końcu, kiedy jego erekcja zaczęła opadać a on sam pozbierał myśli na tyle, żeby w ogóle się odezwać.
Sam tylko pokręcił głową a potem parsknął cicho, nadal czekając aż Ślizgon ogarnie się na tyle, żeby go puścić i wstać.
— Jake ci się nie podoba? — zapytał, kiedy Draco zszedł z ubłoconego crossa i chodził w kółko, wydeptując niewysoką trawę.
Ten zatrzymał się raptem, odwracając w jego stronę i zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią. To nie o to w tym wszystkim chodziło, ale niekoniecznie chciał dzielić się swoimi przemyśleniami i wątpliwościami. Inna sprawa, że nie sądził, żeby udało mu się tej rozmowy uniknąć.
— Ty mi się podobasz — burknął w końcu, patrząc na niego z jakimś wyzwaniem, ale jako, że Sam nie wyglądał, jakby miał zamiar to skomentować, kontynuował: — Fizycznie nie jest zły. Seks mógłby być w porządku.
— Więc w czym problem?
— W tym, że jemu podobno nie chodzi tylko o seks. W tym, że każdy ze Sfory będzie wiedział. W tym, że nienawidzę się obnażać, a to będzie właśnie tym.
— Boisz się — wydedukował mężczyzna, ale Draco pokręcił głową. Nie o strach w tym wszystkim chodziło, a przynajmniej nie o taki, o którym mówił teraz Alfa. — Myślisz, że Emily jest łatwo? Albo partnerkom innych wilków? To nie jest coś, o czym rozmawiamy.
— Ale wciąż wiecie — warknął Draco, patrząc z irytacją na Sama. — Wiecie dokładnie co i jak robimy, kiedy jęczymy z przyjemności, dotyk w którym miejscu nas podnieca...
Przygryzł wargę i odwrócił się w stronę drzew, żeby odetchnąć. Sam albo nie wiedział o co mu chodzi, albo zupełnie się tym nie przejmował. Draco nawet za bardzo by się nie zdziwił, inni słyszeli co myśli o Emily, ale on słyszał członków swojej Sfory. Byli kwita w pewnym sensie. Zdawał sobie sprawę, że żaden zmienny nie powie nawet jednego złego słowa o partnerce któregokolwiek z pobratymców, zapewne zabraniał tego jakoś wewnętrzny kodeks, a może jedynie zwykła przyzwoitość. Jednak co jakiś czas słyszał ich przekomarzania i docinki. A temat seksu zawsze był świetnym sposobem na dokopanie komuś.
— Jake miał już kogoś? — zapytał niespodziewanie, odwracając się znowu w stronę Sama i wpatrując w niego z autentycznym zainteresowaniem, ale mężczyzna tylko wzruszył ramionami. — Więc to będzie jego pierwszy raz... — mruknął niechętnie.
— Instynkt go poprowadzi — odparł z kpiną Sam i Draco pokręcił głową.
— Pamiętasz jeszcze swój pierwszy raz? Zastanawiałeś się w ogóle nad tym, jak wygląda seks dwóch facetów? — zapytał zdenerwowany, że ten podchodzi do wszystkiego tak beztrosko. — Instynkt nikogo nie poprowadzi, trzeba się przygotować, wiedzieć na co jest się gotowym — dodał twardo. — Ja mogę go przez to przeprowadzić. Naprawdę nie ma problemu, żadnego, ale nie chrzań mi o instynktach.
— Masz rację, Draco — przyznał Sam, podchodząc do niego i kładąc mu miękko dłoń na ramieniu. — Przepraszam.
Malfoy odsunął się od niego i znowu zaczął chodzić w kółko. Nie sądził, że kiedyś zostanie postawiony w takiej sytuacji i wcale mu się to nie podobało. Nie chciał, żeby każdy wilk z okolicy wiedział kiedy i jak uprawia seks. Nie chciał wystawiać swojego życia na widok publiczny, a jednak to się stanie prędzej czy później. Aż się zatrzymał, kiedy zdał sobie sprawę z tego o czym myśli. On już się pogodził ze swoim losem i z wpojeniem, które przeżył Jackob. Nie chciał tego robić, nie planował poddawać się jego cholernym instynktom, a jednak miał świadomość, że to się stanie. Kopnął w leżący niedaleko pień i warknął wściekły, że nawet teraz, po wojnie nie może sam decydować o swoim życiu.
— O co mnie teraz prosisz, Sam? — zapytał cicho, ale zdenerwowanie wciąż było doskonale słyszalne w jego głosie. — Mam z nim porozmawiać? Powinienem częściej z nim przebywać, on potrzebuje mojej obecności obok siebie tak jak Edward potrzebuje Pottera? Czy może mówisz mi właśnie, że jednak muszę się z nim przespać? - wywarczał na koniec, bliski prawdziwego wybuchu.
Oni wszyscy jedynie czegoś żądali, jakby fakt, że Draco postanowił walczyć dla nich, był niewystarczający.
Sam patrzył na niego ostrożnie, oceniając poziom jego złości i nie do końca ją rozumiejąc. Wychowano ich na tych legendach i bycie partnerką wilka stanowiło raczej nobilitację niż powód do rozpaczy, szczególnie, że zmienny wpajał sobie kogoś, kto był dla niego idealny. I on był kimś idealnym dla tej osoby. Prawda była jednak taka, że nigdy nie spojrzał na to z perspektywy tej drugiej strony, na problem wspólnej jaźni Sfory i tego, jak czuły się z tym kobiety, jak czuła się Emily. Był zbyt skupiony na tym, co sam jej zrobił, żeby zainteresować się, czy nie odczuwa dyskomfortu przez inne rzeczy. Zdarzało się, że karmiła połowę wilków, z których większość wciąż była nastolatkami. I Draco miał rację, niby wszyscy wiedzieli, że ludzie prędzej czy później lądują w jednym łóżku, a jednak domyślać się, a zdawać sobie całkowicie sprawę, co, kiedy i jak się w tym łóżku robiło, było czymś zupełnie nieporównywalnym.
— Powinienem porozmawiać z Emily — mruknął Sam, dochodząc do tego punktu w swoich rozważaniach.
— Emily się z tym pogodziła — burknął Malfoy, machając niedbale ręką. — Może jej to przeszkadzać w jakimś stopniu, ale jesteście już na innym etapie niż ja i Jake. My nie jesteśmy na żadnym — przypomniał. — I bardziej jej zależy na tobie niż na swojej prywatności. Ona wie, że daje ci siłę, a dodatkowo, mimo że nie jest wilkiem, ma posłuch w Sforze. Nikt nawet nie spróbowałby powiedzieć jej złego słowa — wyjaśnił, bo akurat to było dla niego oczywiste. Emily była partnerką samca alfa, była samicą alfa i nie miało żadnego znaczenia, że w ogóle nie jest zmienną.
— Tobie też nikt nic nie powie — spróbował Sam, ale to chyba nie był najlepszy argument, bo Draco kopnął jeszcze raz w leżący obok niego konar.
— To miało mnie uspokoić? — warknął. — W dupie mam to, czy ktoś mi coś powie, tak samo jak to, czy będziecie o mnie plotkować za moimi plecami.
— W takim razie nie wiem, o co ci chodzi — przyznał w końcu Sam, bo chyba krążyli wokół tematu, a on nie potrafił znaleźć wejścia do pokoju, w którym mu go objaśnią.
— Chodzi o to, że ja nie będę słyszał waszych rozmów, ale Jake tak i nie wiem, czy jest na takim etapie, że da sobie z tym radę — odparł cicho, z rezygnacją. Bo może i chłopak zmieniał się w ogromnego, pięknego i groźnego basiora, który potrafi zabić wampira, ale wciąż miał tylko szesnaście lat.
Mężczyzna jednak przyglądał mu się, nadal niewiele rozumiejąc i Malfoy miał ochotę się gorzko zaśmiać.
— Jak będziecie na niego później patrzyć? — zapytał tak prosto, jak potrafił. — Gdyby to był przypadkowy koleś miałbym to gdzieś — mruknął.
— Więc przejmujesz się uczuciami Jackoba — zakpił Sam i Draco miał szczerze dość tej rozmowy. Facet najwyraźniej miał gdzieś jego obawy.
— Pieprz się, Sam — warknął, podchodząc do mężczyzny z różdżką wycelowaną w jego gardło. Był wściekły. — Może zapomniałeś, ale mamy bitwę do wygrania. I to ty poruszyłeś temat Jackoba, więc zapewne sprawa jest poważna — dodał, uśmiechając się z wyższością, kiedy Alfa zaczął się trząść, powstrzymując przemianę. — Mogłem zabić kilkunastu ludzi, ale fizycznie wciąż jestem nastolatkiem i wyobraź sobie, że lubię seks. Jake też to polubi, ale w takim razie każdy z was będzie o tym wiedział. Każdy ze Sfory dowie się, jak przyjemnie jest mieć fiuta w dupie i nie wiem, czy to nie zmieni tego, jak będziecie się do niego odzywać i jak go traktować. A on też będzie nam potrzebny podczas tej walki.
Alfa jeszcze przez chwilę warczał cicho, żeby w następnym momencie wbić w niego zaskoczone spojrzenie. Zaraz po tym Draco zabrał różdżką z jego grdyki, schował ją do pokrowca i zaśmiał się smutno, analizując wyraz twarzy Sama.
— Chyba nie sądziłeś, że pozwolę mu się zdominować? — zapytał i parsknął głośno. — Nie znam go, nie ufam mu i nie mam pojęcia, jak by się zachował. Jeśli poszedłby za tym wszystkim, co kryje się pod twoim ulubionym słowem, za instynktem, pewnie byłbym w równie kiepskim stanie, co Potter ostatnio. — Przerwał na moment, zagryzając wargi. — Nie wiem, czy kiedykolwiek pozwolę mu na zmianę ról. I zanim zaczniesz to komentować...  — podkreślił, kiedy Sam chciał się wtrącić. — Jake to wie.
Mężczyzna wydał z siebie jakiś dziwny odgłos, być może "och", które miało wyrażać zarówno jego zaskoczenie, jak i obawę. Zdaje się, że dochodził właśnie do wniosku, że to miało być cholernie trudne dla każdego, kto tkwił w tym pieprzonym układzie. Dla Sfory, Draco, Edwarda i pewnie Jaspera, z jego cholerną empatią.
— Więc zrób wszystko, żebyście nie wylądowali w łóżku przed bitwą — powiedział drżącym głosem po długich minutach Sam.
Nie miał pojęcia, jak taki układ zostanie odebrany przez innych, a nie mogli sobie pozwolić na osłabienie albo rozłamy. Jake musiał być z nimi i wszyscy musieli sobie ufać, a naprawdę nie potrafił stwierdzić, jak zareagują niektórzy członkowie Sfory. I Draco znowu miał rację, niby wiedzieli o sobie wszystko, ale jednocześnie wszyscy byli w związkach z kobietami. Pomijając jego byłą dziewczynę, która od swojej pierwszej przemiany chyba żyła w celibacie i jak pomyślał teraz o młodym Blacku, to wcale jej się nie dziwił.
— Jeszcze pół godziny temu sugerowałeś coś innego — wytknął mu Malfoy, ale Alfa był myślami daleko od miejsca, w którym obaj się znajdowali.
— Co? — zapytał więc roztargniony, nie pojmując, jak niby da radę teraz utrzymać swoje myśli z dala od innych. Kiedy zmieniali się w wilki, wszystko, co normalnie starali się ukryć, wyłaziło na wierzch. Był pod wrażeniem, że nawet jedna myśl związana z ewentualną wizją seksu Jacoba i Draco do niego nie dotarła. Szczególnie, że Black spędzał pod swoją zwierzęcą postacią niemal całe dnie. Właśnie… — Jeśli ludzka osobowość Jake'a nie... — zaczął wyjaśniać, po czym zastanowił się chwilę nad odpowiednim słowem, ale w końcu wzruszył ramionami i kontynuował: — Jeśli ta część nie zjedna się z człowiekiem, którego wpoił sobie jego wilk, zwierzę przejmie nad nim całkowitą kontrolę. Zwierzęcy umysł — doprecyzował. — Musicie porozmawiać, Draco — skończył słabo, dochodząc wreszcie do sedna problemu.
W następnej sekundzie obaj odwrócili się w stronę drzew, spomiędzy których dochodził głośny warkot i chrzęst łamanych gałęzi. Po chwili wielkie, wilcze cielsko wyłoniło się zza starego drzewa. Strużki śliny wypływającej z pyska i przekrwione oczy nie wróżyły niczego dobrego. Draco stał jak sparaliżowany, patrząc na Jacoba z niedowierzaniem, ale Sam już zdążył przybrać swoją drugą formę i teraz z jego gardła zaczął wydobywać się ten sam niepokojący warkot. Mieli kłopoty.
-*-*-*-
Od momentu, kiedy jego wcześniejsi przeciwnicy opuścili polanę, Edward walczył z Deanem i Ginny. Dziewczyna była cholernie szybka i zaskakująco sprytna, ale przez ostatnie dwie minuty szala zwycięstwa przechylała się coraz bardziej na jego stronę. I kiedy już zamierzał zadać ostateczny cios, żeby po krótkim odpoczynku po raz kolejny zacząć wszystko od początku, niespodziewanie napłynęła do niego fala myśli, które nie mogły należeć do nikogo innego tylko Harry'ego. To było tak zaskakujące, że zatrzymał się na chwilę, z pewnością nie dłużej niż kilka sekund, a jednak ten czas pozwolił walczącej z nim parze na zadanie mu kilku poważnych obrażeń, kiedy zaklęcia po prostu w niego uderzyły. Był pewien, że wrzasnął z bólu i zaskoczenia, upadając na wydeptaną ziemię. Przez chwilę starał się brać głębokie wdechy, bo to podobno pozwalało uspokoić organizm, ale jako, że nie był człowiekiem, niewiele w jego przypadku dawało. Ginny patrzyła na niego z zaskoczeniem, na pewno nie rozumiejąc, jak to się stało, że wygrali, choć to starcie spisali już na straty. Otrząsnęła się jednak po chwili i podbiegła do niego, mozolnie ściągając siatkę paskudnych zaklęć, które nałożyli z Deanem. Wciąż mamrotała pod nosem jakieś niezrozumiałe dla niego inkantacje, kiedy Potter pojawił się w zasięgu wzroku całej trójki, uśmiechając się z wyższością.
— To był chwyt poniżej pasa — wyjęczał Edward, ale Harry tylko uśmiechnął się szerzej.
— Wygrywałeś — burknęła Ginny, jakby miała do niego pretensje, że leży tu teraz cały obolały, mimo że to ona uderzyła w niego tymi wszystkimi zaklęciami.
— Ale przegrałem — odparł spokojnie, czując się z każdą chwilą lepiej. Normalnie czarodzieje cofali zaklęcia, kiedy te tylko dotknęły ich przeciwnika, ale wcale jej się nie dziwił, że tym razem nie była przygotowana. — Nie mógłbyś cały czas mieć opuszczonych tych swoich osłon? — zapytał wampir z wyraźnie słyszalną prośbą i Ginny obróciła się wściekła w stronę Harry'ego.
— Mogłam zrobić mu krzywdę — warknęła do przyjaciela i ten przez chwilę wyglądał nawet na skruszonego.
— Spróbujcie jeszcze raz — mruknął po chwili. — Ale oboje z Deanem przestańcie okludować umysł.
— Chyba żartujesz — wysyczała i Potter uśmiechnął się, kiedy pomyślał o kilku rzeczach, które mogą teraz chodzić Ginny i jej chłopakowi po głowach.
— On musi się nauczyć — wyjaśnił, podając Edwardowi rękę i ciągnąc go do góry, nawet jeśli było to całkowicie zbędne. — Musi znać nasze myśli przed bitwą, bo w jej czasie na pewno nie utrzymamy osłon, jeśli chcemy wygrać — kontynuował i dziewczyna skrzywiła się, ale skinęła lekko. To miało sens.
— Mam pozwolić mu grzebać w moich wspomnieniach? — zapytała mimo to, niezadowolona.
— Słyszę tylko twoje myśli, to o czym myślisz w danej chwili — wtrącił Edward i wszyscy usłyszeli odchrząknięcie Deana, po którym odwrócili się w jego stronę.
— W takim razie zdejmowanie osłon teraz nie ma sensu — powiedział, uśmiechając się lekko. — Teraz mamy nad tobą przewagę, bo nie wiesz, jaki będzie nasz następny ruch, jeśli stracimy element zaskoczenia... Sam rozumiesz.
I tak, wszyscy rozumieli. Najważniejsze zresztą było, żeby Edward był zaznajomiony z myślami Harry'ego, może ewentualnie Draco, skoro ci będą walczyli wspólnie. Nie, żeby wsparcie z Anglii o tym wiedziało. Chociaż Dean przyglądał im się z ciekawością, najwidoczniej starając się rozgryźć, dlaczego opuszczenie osłon przez Pottera ma dla wampira aż takie znaczenie. Zmrużył oczy, przeskakując spojrzeniem pomiędzy ich dwójką, ale nie odezwał się słowem na temat swoich podejrzeń.
— Może ja i Ginny spróbujemy pokonać Edwarda, kiedy ty nie będziesz używał oklumencji? — zaproponował, patrząc znacząco na byłego kumpla z dormitorium i nawet jeżeli jeszcze tego nie rozgryzł, był bliżej niż Harry by chciał.
Cała trójka przygotowała się do walki, a Potter stanął z boku, blokując tylko wspomnienia związane z Severusem. To wciąż nie był temat, który chciałby już teraz poruszać. Przez chwilę obserwował, jak Edward przykuca w pozycji gotowej do ataku, jak warczy głośno, zwierzęco. Było w nim coś takiego, co pociągało Harry'ego. Nie tylko siła sama w sobie, napinające się mięśnie tak dobrze widoczne pod obcisłą koszulką i dżinsami. Jego ruchy, które przywodziły na myśl dzikie zwierzę, dopiero wypuszczone z klatki.
Edward oberwał pierwszym czarem, którym uderzyła Ginny, na co Harry patrzył bez zrozumienia, a Dean wybuchnął głośnym śmiechem.
— Stary, nawet nie chcę wiedzieć, o czym myślałeś, że zneutralizowałeś go tak totalnie — powiedział, nie przestając się śmiać. — Szkoda, że nie możemy tak załatwić wszystkich — dodał, zanosząc się tylko głośniej, kiedy dostrzegł rumieniec na policzkach Harry'ego i zainteresowanie praktycznie wszystkich, którzy ćwiczyli na tej cholerne polanie.

piątek, 30 marca 2018

W hogwardzkich lochach 4


Cześć!
Dzisiaj, trochę w sumie niespodziewanie, wrzucam rozdział W hogwardzkich lochach:) Miałam wielką ochotę na kolejny rozdział tego i, cóż, całe szczęście, udało się przed świętami, niech to będzie więc taki mały prezent dla Was, skoro nie mam nic więcej!
Bardzo dziękuję Caathy i Basi za ostatnie komentarze i bardzo się cieszę, że podobał Wam się projekt z Teen Wolfa:) Miałam dużą frajdę, pisząc go:)
Mam nadzieję, że ten rozdział będzie dla Was wszystkich przyjemnością, więc zapraszam do czytania!

WHL 4
Harry nie był pewien, jak powinien się teraz zachowywać względem Snape'a. Najprostsza byłaby pewnie rozmowa z nim i ustalenie kilku kwestii, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć, szczególnie, że mężczyzna wciąż unikał ich, jak tylko mógł. Dobrze przynajmniej, że pomiędzy nim a Teo znowu było wszystko dobrze, bo to nie tak, że Harry bezproblemowo znosił jakieś odseparowanie od swojego chłopaka. Nie lubił takich sytuacji, nauczył się już, że każdą nurtującą kwestię trzeba przedyskutować, bo z trwania w ciszy nigdy nie wychodziło nic dobrego. Wręcz przeciwnie, problemy tylko się nawarstwiały, a to nie było coś, na co w tej chwili miałby ochotę.
Wciąż zastanawiał się też nad tym wszystkim, co powiedział mu Teodor, i tak, musiał mieć rację, Harry nie miał zamiaru się z nim sprzeczać w tej materii, ale to wcale nie było proste. Nie był też pewien, czy Severus był świadomy swojego zachowania i wynikających z niego implikacji. Nie zdziwiłby się, gdyby nie był, co mogło być ich atutem, ale mogło też być czymś niepożądanym, nie umiał chwilowo zdecydować.
— Możemy porozmawiać? — zapytała Hermiona, łapiąc go przed środowymi zajęciami z rozszerzonej transmutacji.
Skinął głową, myśląc o tym, że później mają jeszcze eliksiry i wcale nie był pewien, czy uda mu się przetrwać zajęcia. Jeżeli Snape będzie nadal ich unikać, to może być nawet gorsze niż faktyczna rozmowa.
— Wszystko już dobrze między wami? — zapytała i chociaż Teodor nie miał z nimi dzisiaj żadnych zajęć i nie było go nigdzie w pobliżu, oczywistym było, że to pytanie odnosiło się właśnie do niego.
— Wygląda na to, że chwilowo tak — przyznał powoli. Niekoniecznie chciał wprowadzać przyjaciółkę we wszystkie swoje problemy już teraz, a nie wiedział, do czego ta dąży.
— Co z dyrektorem? — przeszła do kwestii, która najwidoczniej nurtowała ją w tej chwili najbardziej i Harry westchnął cicho, bo to nieco komplikowało jego postanowienia.
— To musi być potwierdzone już teraz? — mruknął i zauważył moment zawahania na twarzy dziewczyny. — Na kiedy?
— Na pewno przed złożeniem papierów do Ministerstwa — zaczęła, ale widząc, że Harry się rozluźnił, pokręciła głową. — Jeżeli osoba, o której myślicie się nie zgodzi musimy szybko poszukać kogoś innego — dodała wymownie. — Kto to w ogóle jest?
— Nie mogę ci na razie powiedzieć — przyznał niechętnie Harry. — Jeżeli on się nie zgodzi... Albo, jeżeli Teo będzie widział to inaczej... Nie wiem, Hermiono, mam nadzieję, że dam radę przekonać ich obu, ale...
Przyjaciółka patrzyła na niego zdziwiona, ale po chwili na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania, a może wątpliwości, Potter nie był pewien. Bezsprzecznie układała sobie właśnie jego wypowiedź w głowie, próbując zrozumieć z niej więcej, niż tak naprawdę chciał jej przekazać. Zmrużyła nawet oczy, szukając czegoś w jego spojrzeniu, ale Harry po prostu odwrócił wzrok.
— Nie pytaj przez jakiś czas, dobrze? — poprosił, bo okłamywanie jej wydawało mu się po prostu złe. — Dasz mi chociaż tydzień?
Przytaknęła powoli, zaciskając usta w cienką kreskę i Harry miał ochotę parsknąć, widząc jak bardzo chciałaby go zasypać pytaniami, a jednak wciąż się powstrzymuje. I robi to tylko dla jego komfortu. Skinął jej w niemym podziękowaniu i wszedł do sali, siadając obok Draco, podczas gdy dziewczyna zajęła swoje miejsce przy Susan Bones. To był pierwszy raz, kiedy to McGonagall wybrała ławki, przy których mieli siedzieć i nie wiedzieli do końca, dlaczego, ale nikomu to szczególnie nie przeszkadzało.
— Wszystko dobrze między wami? — zapytał Ślizgon i akurat od niego nie spodziewał się tego pytania, mimo wiedzy, że Draco uwielbiał mieć informacje na każdy temat.
— A pytasz, ponieważ...?
Draco przewrócił oczyma i uśmiechnął się wymuszenie, po czym wyjął różdżkę i spróbował rzucić zaklęcie, o którym mówiła ich profesor transmutacji. Kiedy kobieta już odeszła w głąb sali, spojrzał znowu na Harry'ego, tym razem mniej pewnie. Jakby miał wątpliwości, czy mówienie o tym, o czym myśli jest dobrym posunięciem.
— Mam już plany związane z tą szkołą i zależy mi na niej tak samo, jak pozostałym — mruknął w końcu i Potter uniósł do góry brew, bo nie miał pojęcia, do czego zmierza Draco. — Mam nadzieję, że wszystko się między wami ułoży, a jeśli nie, to nie zaprzepaścicie swojej i naszej pracy.
I to nie było coś, o czym Harry w ogóle by pomyślał. Może dlatego, że to co się działo między nim a Teo nie było aż tak poważnym problemem, a może dlatego, że nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, jak bardzo ich przyjaciele zaangażowali się w pomysł, na który wpadli.
Uśmiechnął się do Draco, widząc raptem niepewność jego i Hermiony w zupełnie innym świetle. To nie było wciskanie nosa w nie swoje sprawy. To było wciskanie go w sprawy, które dotyczyły ich bardziej, niż Harry to sobie uświadamiał.
— Otworzymy tę szkołę nawet jeżeli to będzie ostatnia rzecz, którą zrobimy wspólnie — odparł po dłuższej chwili i to musiało wyjątkowo zaskoczyć Ślizgona, bo nie zauważył podchodzącej McGonagall.
— Przeszkadzam panu, panie Malfoy? — warknęła i chłopak od razu się wyprostował, starając się wytłumaczyć, ale kobieta nie słuchała, patrząc na niego z niezadowoleniem. — Rozumiem, że skoro prowadzicie tak ożywioną rozmowę, potraficie już rzucić dzisiejsze zaklęcie? — zakpiła, czekając teraz aż obaj wypełnią jej polecenie.
Ku zaskoczeniu nie tylko kobiety, ale także wszystkich innych, zarówno Potter, jak i Malfoy rzucili poprawnie czar i zapewne, gdyby opiekunka Gryfonów nie była tak na nich zła, przyznałaby za to punkty. W tej sytuacji odwróciła się jedynie na pięcie i poszła poprawiać pozostałych.
— Zamierzacie się rozstać? — zapytał Draco, kiedy tylko upewnił się, że nie będzie go słychać, ale Harry jedynie parsknął cicho i pokręcił przecząco głową.
— Planuję spędzić z nim resztę życia — odparł, uświadamiając sobie, że tak właśnie jest, że niczego innego nie jest tak bardzo pewny.
-.-.-
Severus widział, że Potter jest rozproszony podczas jego zajęć i był pewien, że chłopak będzie chciał porozmawiać z nim po eliksirach, dlatego pozbierał próbki dzisiejszej pracy uczniów nieco wcześniej, po czym poinformował ich, że musi wyjść i nie życzy sobie znaleźć w klasie nawet jednej chochli, która nie leżałaby na miejscu do tego przeznaczonym.
Nie miał jeszcze pomysłu, co chce im powiedzieć. Mógłby spróbować wejść w ten cały bałagan z nimi, ale obawiał się tego, że Nott za bardzo go odkrył. Naprawdę nie spodziewał się, że jego zachowanie było poddawane tak dokładnej analizie. Oczywiście mógłby udawać, że on również nie zdawał sobie z niego sprawy, ale to byłoby idiotyczne. I infantylne. A choć mógł powiedzieć o sobie wiele, z całą pewnością nie było wśród tego nic, co chociaż w najmniejszym stopniu miałoby związek z infantylizmem.
Zatrzymał się w korytarzu, prowadzącym do jego komnat, z zaskoczeniem dostrzegając czekającego obok jego drzwi Notta. Uniósł brwi i zacisnął szczękę, bo nie po to wyszedł wcześniej z zajęć, unikając Pottera, żeby teraz musieć rozmawiać z jego chłopakiem.
— Chyba musimy porozmawiać — mruknął jednak Teodor, obserwując każdy jego krok, kiedy mężczyzna zbliżał się do niego.
— O czym, panie Nott? — zakpił i wyminął chłopaka, żeby otworzyć drzwi. Nie zdążył podjąć żadnej decyzji.
— Serio? — burknął prześmiewczo, unosząc do góry własną brew, kopiując gest mistrza eliksirów. — Czy fakt, że ssałem twojego fiuta nie daje mi przywileju słyszenia z twoich ust swojego imienia?
— Nie bądź ordynarny — warknął Snape, rozglądając się, czy na pewno nikt ich nie podsłuchuje, ale w pobliżu nie było żywej duszy. Nieżywej też. — Wchodź — dodał zrezygnowany.
— Jeszcze dwa tygodnie temu ci to nie przeszkadzało — odpowiedział Teo, uśmiechnął się kącikiem ust i skorzystał z tego wymuszonego zaproszenia.
Komnaty Severusa były dość przestronne, z niewielkim stolikiem ustawionym przed stylową kanapą i mnóstwem regałów z książkami. Na kominku dostrzegł plik papierów, które aż za bardzo przypominały mu ich konspekty i projekty zmiany Ustawy o Kształceniu Małoletnich Czarodziejów. Głównie przez to, że to były zwykłe, mugolskie kartki, a jakoś Teodor nie mógł sobie wyobrazić powodu, dla którego Snape miałby trzymać w swoim mieszkaniu coś takiego. Zaśmiał się cicho, kiedy wzrok mężczyzny podążył za jego spojrzeniem. Najwidoczniej przeglądał to niedawno i nie spodziewając się wizyty, zostawił wszystko na wierzchu.
— Napatrzył się pan? — zapytał, drwiną przykrywając swoje zmieszanie. Na pewno nie chciał pokazać, jak bardzo nadal był zainteresowany ich projektem, mimo wiedzy, że to właśnie oni za nim stoją.
— Potrzebujesz, żebym się powtarzał? — burknął, spoglądając na niego spod swoich długich rzęs. — Nie miałeś problemu, mówiąc do mnie Jake.
— Oczywiście, że nie — warknął Snape, dziwiąc się temu, jaki Nott jest pewny, podczas gdy nie tak dawno zachowywał się, jak kupka nerwów. — Wtedy rozmawiałem z Jackobem Moonem, a nie ze swoim uczniem.
Chłopak tylko przewrócił oczyma i usiadł na kanapie, nie zwracając uwagi na skrzywienie Severusa. Musiał to załatwić, inaczej będzie się tym bez sensu zamartwiał. Poczekał aż mężczyzna przyzwyczai się do jego widoku w swojej przestrzeni, wciąż uśmiechając się lekko. Zapewne powinien tu przyjść razem z Harrym, albo chociaż ustalić to z nim wcześniej, ale tak było prościej. I, jak miał nadzieję, da lepsze efekty.
— Mam rzucić zaklęcie, żeby znowu wyglądać, jak swoje alter ego? — zapytał po chwili, kiedy Snape nadal stał na środku salonu, wpatrując się w niego nieodgadnionym wzrokiem.
Ten parsknął cicho i pokręcił głową, po czym usiadł naprzeciwko Teodora, na pasującym do kanapy fotelu.
— To nie miałoby żadnego znaczenia, skoro już wiem, że to ty — odparł, ale zdawał się być nieco bardziej odprężonym. Jakby powiedzenie na głos tego, czego był świadomy od początku roku szkolnego, przyniosło mu ulgę.
— Jak dużo zmienia fakt, że to ja i Harry? — zapytał Teo, nie owijając w bawełnę.
Severus nie był zadowolony z przejścia od razu do sedna sprawy. Z drugiej strony spodziewał się jednak nieco innego pytania i chyba nie udało mu się ukryć zaskoczenia. Zastanawiał się tylko, czy chłopak zagra wszystkimi swoimi kartami, czy jednak zostawi sobie coś na później.
— Nie aż tak dużo, jak sądziłem dwa tygodnie temu — przyznał i uśmiechnął się kpiąco, widząc niedowierzanie na twarzy Notta. Powinien zacząć go nazywać po imieniu nawet w myślach. Albo chociaż w nich.
— Jak dużo zmienia fakt, że jestem w komplecie z Harrym? — spróbował jeszcze raz i to już było trudne, bo jasno wskazywało, że Teodor wiedział o jego uczuciach wcześniej.
Grał więc ostro od początku i mężczyzna naprawdę miał wątpliwości, jak się do tego odnieść. Z drugiej strony udawanie idioty, to nie było coś, co kiedykolwiek praktykował. Wytarł lekko wilgotne dłonie w szatę i na ułamek sekundy spuścił wzrok, zastanawiając się nad swoimi kolejnymi słowami.
— Nie miałem pojęcia, że Potter jest właśnie z tobą — powiedział ostatecznie, decydując, że podzielenie się z chłopakiem częścią informacji, może zostać policzone mu na plus.
Ślizgon wpatrywał się jednak w niego, będąc coraz bardziej oburzonym i Snape, skłamałby, gdyby musiał przyznać teraz, że nie liczył na inną reakcję.
— Wychodzi jednak na to, że wciąż wiedziałeś, że kogoś ma — warknął Teodor, bez słowa przechodząc nad tym, że mężczyzna praktycznie przyznał się do tego, o czym on i tak wiedział.
— Ale jednak wciąż nic z tym nie zrobiłem, prawda? — odparł na powrót zły, że jednak znalazł się w tej sytuacji. — Nie sądzę, żeby Potter się zorientował, czyż nie?
Nott zagryzł dolną wargę i skinął głową. Musiał przyznać, że Snape rzeczywiście nie wykonał żadnego ruchu za swojej strony, a choć Teo dostrzegł te wszystkie drobne gesty, które były między nimi, wszystko nasiliło się dopiero po ostatecznej walce, kiedy Harry leżał w skrzydle szpitalnym i nie miał pojęcia, jak dużo troski mistrz eliksirów okazuje jego nieprzytomnej osobie. Przygryzł wargę, zastanawiając się, czy to coś zmienia. Albo dokładniej, jak dużo zmienia. Oparł głowę o kanapę wyciągając się nieco i odsłaniając swoją długą szyję, ale usłyszawszy, jak Snape wciąga głośno powietrze, otworzył szeroko oczy i natychmiast się wyprostował.
Mężczyzna też siedział wyprostowany jak struna, sam chyba nieco zaskoczony swoją reakcją i wpatrywał się w niego z wyraźnym głodem w oczach. I, prawdę powiedziawszy, Teodor nie spodziewał się, że ten pozwoli mu to dostrzec, że w ogóle pozwoli sobie na taką reakcję, skoro trwali w pewnego rodzaju impasie.
— Podoba ci się — mruknął w końcu wskazując na siebie, wciąż nie spuszczając spojrzenia z Severusa i uśmiechając się trochę krzywo. — To miłe, że ci się podoba — dodał z drwiną, ale, ku jego zdziwieniu, Snape parsknął cicho i na powrót się rozluźnił.
— Trudno, żeby mi się nie podobało, skoro, jak zdążyłeś już dzisiaj zauważyć, całkiem niedawno ssałeś mojego fiuta — powiedział szorstkim, przeszywającym głosem, od którego penis Notta wyraźnie drgnął, a chłopak jęknął cicho, rumieniąc się w tym samym momencie.
Patrzyli teraz na siebie intensywnie, z jakimś pragnieniem i frustracją, z czymś szczególnym, co odczuwają jedynie ludzie, którzy wiedzą, co tracą, nie decydując się na kolejny krok. Teodor przełknął gulę, zalegającą w jego gardle i pokręcił nieznacznie głową. Chciał... nie, on potrzebował teraz tego mężczyzny, a jednocześnie wiedział, że to byłby najgorszy pomysł z możliwych. Snape, zdaje się, też właśnie doszedł do tego wniosku, bo wstał ze swojego fotela, poprawił szatę i podszedł do barku, wyciągając dwie szklanki z ciosanego szkła i napełnił je whisky, po czym jedną z nich podał zaskoczonemu uczniowi.
— Oczywiście, że mi się podoba — przyznał raz jeszcze, lustrując jego sylwetkę. Była trochę inna niż Jake'a, ale wciąż bardzo mu odpowiadała.
— Nie bardzo wiem, co powiedzieć — mruknął chłopak i Severus zaśmiał się cicho. To było bardzo podobne do Simona, a jednocześnie tak bardzo różne od typowego zachowania mistrza eliksirów.
— To kwestia tego, że powiedzieliśmy już sobie wszystko w hotelu Blue — odparł spokojnie, upijając nieco alkoholu. — Gdybyśmy wciąż tam byli, w tej chwili byś się dla mnie...
— Merlinie, nawet nie kończ — przerwał mu Teodor, poprawiając się poruszając się niespokojnie na kanapie. — Jesteśmy w Howarcie, ty jesteś naszym nauczycielem... I wciąż pozostaje kwestia twoich uczuć — dokończył, choć naprawdę nie chciał. To jedno zdanie zresztą skutecznie zniwelowało jego pragnienie.
Severus skrzywił się wyraźnie i wychylił resztę swojej whisky za jednym podejściem, zastanawiając się nad dobrą odpowiedzią na tak przedstawioną sprawę. Odetchnął głęboko, przeczesując długimi palcami włosy i patrząc znowu na Notta. Właściwie to podjął tę decyzję, kiedy zdecydował się zabawić z dyrektorem, ale wcale nie był pewien, czy informowanie o tym dwóch pozostałych ramion tego trójkąta będzie odpowiednie.
— Posłuchaj... Potter był szczęśliwy — zaczął. — Spędziłem z nim wystarczająco dużo czasu podczas treningów, żeby to zauważyć — przerwał na moment, zastanawiając się, czy powiedzenie wszystkiego będzie prawidłowe, ale chyba nie miał zbyt dużego wyboru. — Znalazłem go w Pokoju Życzeń, po jakiejś waszej kłótni. Był załamany, ale pomyślał, że to ty wróciłeś i... zrozumienie czegoś z jego paplaniny było trudne, a jednocześnie, kiedy już dotarło do mnie... Dlatego go później odsunąłem. Przestałem widzieć w nim tylko ucznia, a wcale nie chciałem widzieć nikogo więcej, poza tym... Miał wojnę do wygrania. Wszyscy mieliśmy.
Teo słuchał go z zaciśniętą szczęką, z rozczarowaniem i bólem, który powoli zaczął się przebijać przez wszystkie inne uczucia. Wiedział, że Snape był blisko Harry'ego i zdawał sobie sprawę, jak bardzo blisko to było, a jednak usłyszenie tego od mężczyzny, z którym jeszcze nie tak dawno wiązał plany, sprawiało, że rozpadał się teraz na kawałeczki.
— I wygrał, a ja pierwszy raz od dwudziestu lat miałam normalne wakacje — kontynuował po chwili, bardziej rozdarty niż mogłoby się wydawać. — Na których wpadłem w pułapkę, zastawioną przez dwóch młodych, zaskakujących, gorących i niesamowitych mężczyzn — dodał, patrząc na niego z frustracją. — Seks i rozmowy. Spanie z kimś u boku, coś, czego nie praktykowałem od bardzo dawna. Zaufanie, jakim mnie obdarzyli... I podczas tego miesiąca ani razu nie pomyślałem o Potterze. Nie pomyślałem, że mógłbym być z nim, zamiast z tą parą. Chciałem być z tymi mężczyznami, chciałem tego tak bardzo, że zaproponowałem im pomoc w otwarciu szkoły, w niesamowitym projekcie, który tak dokładnie przygotowali. Byłem pod wrażeniem ich pracy i wysiłku, który musieli w nią włożyć. Praca z tak małymi dziećmi nie jest czymś, co chciałbym robić, a jednak dla nich byłem w stanie się zgodzić — mówił dalej, patrząc intensywnie na siedzącego przed sobą nastolatka. Naprawdę był gotów postawić swój świat do góry nogami, dla ludzi, których tożsamości nie znał. — A potem wróciłem do pracy, do Hogwartu, z wciąż świeżymi wspomnieniami, z radością, którą nie pamiętam, kiedy czułem ostatnio... I okazało się, że Andy to cholerny Potter. Że wszystko to, co się wydarzyło pomiędzy naszą trójką...
Teodor widział zrezygnowanie w oczach Snape'a, wyglądał na oszukanego i wyczerpanego, jakby analizował to wszystko już wielokrotnie. I zapewne właśnie tak było, bo on też od początku roku szkolnego nie myślał właściwie o niczym innym. Rozpatrywał to jednak wyłącznie ze swojego punktu widzenia i nawet mu przez myśl nie przeszło, że Snape może czuć się aż tak oszukanym i tak bardzo nie na miejscu w zaistniałej sytuacji. A zrobili i powiedzieli sobie wystarczająco dużo jako kochankowie, żeby mężczyzna mógł czuć skrępowanie, kiedy już dowiedział się, że sypiał ze swoimi uczniami.
— Co chcesz mi powiedzieć? — zapytał cicho Nott, bo mimo wszystko przekaz nie był do końca jasny. Konkluzją mogło być zarówno to, że mistrz eliksirów chce z nimi być, jak i to, że teraz, kiedy już wie, że to oni, nie ma zamiaru ciągnąć ich romansu.
— Myślę, że warto byłoby sprawdzić, gdzie nas to zaprowadzi, jeżeli obaj wciąż tego chcecie — odparł po dłuższej chwili, a Teo skinął powoli. — Jest jeszcze jedna sprawa... I może ci się nie spodobać — dodał na koniec, krzywiąc się lekko, myśląc o Albusie.